Brrr... nic mi się nie chce. Co mam robić? Wiem, że powinnam wziąć się za czytanie tych kilku książek, które zaczęłam. Jak również powinnam się wziąć za naukę na 4 kartkówki, które będą w poniedziałek. Nie wspominając już o tym, że powinnam zacząć pisać opowiadanie, bo wciąż w mojej głowie roi się coraz więcej pomysłów (ja ich nigdy nie zrealizuję). Wena do wierszy mnie ostatnio opuszcza, albo to tylko ja jestem taka leniwa. Nie mam nawet ochoty na to, by obejrzeć jakieś odcinki anime. Naprawdę coś ostatnio ze mną nie tak. Może tracę znowu sens życia? Najchętniej bym zasnęła i nigdy się nie obudziła. Bo po co? Mój dzień zazwyczaj wygląda tak: wstaję o 5.00, o 6.00 wychodzę z łóżka, szykuję się, o 6.45 wychodzę z domu, jadę godzinę do szkoły, 15 minut idę do klasy, od 8.00 zaczynam swoje strasznie nudne życie. 14.30 wracam do domu, oglądam jakiś film i zasypiam. Koniec dnia. Co to ma niby być? Inne nastolatki do przynajmniej 12.00 w nocy bawią się ze swoimi znajomymi, a ja? Czy aż tak bardzo nienawidzę ludzi? Czy oni aż tak bardzo nienawidzą mnie? Chyba tak. Coraz częściej słyszę o sobie plotki. Najczęściej rozsiewają je osoby z mojej klasy (które nigdy tych rzeczy nie powiedzą mi w twarz) i nieznajomi, z którymi nigdy nie rozmawiałam. Życie to męka. Przekonuję się o tym każdego dnia. Jak ja dobrze rozumiem samobójców. Najlepiej by było połknąć garść tabletek lub podciąć sobie żyły. Cóż, powiesić się bym nie chciała - za dużo bólu. Okropne jest to, że nawet jak ludzie widzą że ci się źle wiedzie, to nie próbują ci nawet pomóc. Chcą byś był przykładnym człowiekiem, chodził do szkoły, dostawał dobre stopnie, rozmawiał z przyjaciółmi, dużo ćwiczył, a ty po prostu chcesz umrzeć. Nie obchodzi ich, że cały czas myślisz o śmierci. Liczy się to, że żyjesz i masz chodzić do tej cholernej szkoły. Koszmar.
Ostatnio nawet mi się nic nie śni, jestem chyba już pozbawiona wszystkiego. Jak można mi odbierać sny? Co za sadysta to robi. Śniąc przynajmniej odrywam się na chwilę od tego życia, które prowadzę. Uspokaja mnie widok tabletek. Czasami je biorę nawet jak nic mnie nie boli. Po prostu tak mi lepiej. Bywają też chwile gdy ciągle myślę o tym, by się czymś skaleczyć. Żyletką, cyrklem, kawałkiem lustra, nożem... Lecz staram się powstrzymywać. Uwielbiam te uczucie gdy nacinając ciało, czuję jak wszystkie moje troski odpływają daleko do krainy zamkniętej kluczem, którego nie posiadam. Ciemność, ciemność, ciemność. Kocham ciemność, a jednocześnie się jej boję. To tak jakby spotykać się z niebezpiecznym facetem i mieć nadzieję, że stanie się potulnym barankiem. Uwielbiam widok krwi, czy jestem dziwna? Czasami sama chciałabym się wysłać do szpitala psychiatrycznego. Ale co oni by zrobili? Naszprycowaliby mnie jedynie lekami, nic więcej.
Branoc.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz